top of page

Zauroczenie (cz II.) Chinatown


23 listopada utknąłem między San Francisco a Los Angeles, w przenośni i dosłownie. Nie tylko z tego powodu, że miasto mnie zauroczyło i nie chciało mi się z niego wyjeżdżać, ale też dlatego, że Kalifornijczycy zrobili dokładnie to samo co Polacy w przeddzień Dnia Niepodległości. Zaczęli masowo wyjeżdżać z miast, aby spędzić Święto Dziękczynienia w sympatycznej okolicy, na łonie natury. Zaczął się "Dziękczynny korkowy armagedon"… Skutek był taki, że na dworcu w Salinas, gdzie rozgrywa się dużo wątków z powieści Steinbecka (o nim wartoby też napisać, póki co muszę się dokształcić ;), "rozegrało" się kilka dobrych godzin mojego życia. Kiedy już wsiadłem do mocno spóźnionego, przepełnionego autobusu, pełnego kichających i chrząkających ludzi, zdając sobie sprawę, że w Santa Monica będę dopiero nad ranem (wspaniały początek Święta Dziękczynienia) zabrałem się więc za pisanie bloga.





Rozmyślam ile jeszcze odcinków powinienem poświęcić fatalnemu urokowi jakie rzuciło na mnie to niezwykłe miasto. A jest o czym pisać... Ten tydzień w San Francisco pozostawił mnie w poczuciu absolutnego niespełnienia. Wiem na pewno, że w przyszłym roku przyjadę tutaj po to aby przeprowadzić wywiad z Nico Muhlym, którego nie będę mógł spotkać w Nowym Jorku, i odwiedzić Jake Heggie’go - obecnie najwybitniejszego kompozytora operowego na Zachodnim Wybrzeżu (jego Dead Man Walking otworzy przyszłoroczny sezon w Met). Z bogatej palety fascynujących miejsc w San Francisco wybieram dzisiaj jedno, które schodziłem najintensywniej, w którym poczułem podmuch azjatyckiego wiatru we włosach. Tym miejscem jest Chinatown…


Dragon's Gate (Brama Smoka) stanowi symboliczne wrota do egzotycznej dzielnicy, w której możemy się poczuć co najmniej dziwnie. Jesteśmy w centrum San Francisco, pośród drapaczy chmur, dzielnicy beatników i nagle rozpościera się przed nami jakiś nieznany świat. Nad ulicą wiszą kolorowe lampiony, na sklepach widnieją dziwne znaczki, a wokół słychać tajemniczy język, którym nie mówi większość mieszkańców tego miasta. Mamy wrażenie, że pomyliliśmy przestrzeń i nagle zjawiliśmy się w jednym z ruchliwych chińskich miasteczek. Tłumy Chińczyków ciągną w jedną to w drugą stronę, kłębią się na ulicznych bazarach przepełnionych zapachem suszonych ryb, owoców i przypraw, a kolorowe fasady domów zdobione smokami, rajskimi ptakami przyprawiają nas o zawrót głowy. Nagle… znaleźliśmy się w Chinach i nie potrzebujemy już mówić po angielsku. Właściwie to czułem się trochę jak intruz, wyrastałem głową ponad ludzi, którzy tam zamieszkują, zacząłem przyglądać się ich życiu, jakbym podpatrywał ciekawe życie sąsiadów z naprzeciwka, ale widziałem też, że ich wzrok spogląda na mnie: "Co ty tutaj robisz przecież nie jesteś jednym z nas?"

Nie mogłem jednak oprzeć się pokusie zajrzenia do ich sklepów, które wyglądają jak gabinety rozmaitości albo XIX wieczne laboratoria. Zapach, który unosił się z tych wnętrz nie przypominał mi nic znajomego. Wchodząc do tych magazynów pełnych dziwnych przedmiotów ogarnęło mnie uczucie zdumienia. Spoglądałem na produkty i nie byłem w stanie porównać ich z niczym dotąd widziałem. Nie byłem też w stanie przeczytać nazw, ani wpisać ich do tłumacza Google. Pozostała mi jedynie interpretacja… Zacząłem się domyślać czym może być ta czy tamta rzecz, czy ona kiedyś żyła, czy nie, czy to roślina, czy może fragment zasuszonych komórek jakiegoś biednego zwierzątka. Produkty rozstawione były wszędzie, w plastikowych pudełkach, w wielkich workach oraz na półkach w aptekarskich pojemnikach. Nie wiem czy Chińczycy obchodzą Halloween, ale myślę, że każdy Europejczyk po wejściu do takiego sklepu przeżywa coś co napawa go przerażaniem połączonym z obrzydzeniem.

Przypatrywałem się, analizowałem niezidentyfikowane materie i doszedłem do wniosku, że Chińczycy są w stanie sprzedać dosłownie wszystko. Nic się nie zmarnuje… Nawet koźlęce nóżki można zasuszyć i wystawić za cenę 68 dolarów za niecałe pół kilograma. Nie wiem co można na nich ugotować, ale z pewnością Chińczyk potrafi. Wysuszone larwy przeróżnych owadów kłębią się w workach gotowe wykluć na na świat jakieś małe zwierzątka. Zasuszone są łatwiejsze w transporcie i nie powodują problemów. Ośmiornice, kałamarnice i wszystko co pływa w morzu i oceanie wydaje się jakby wyrzucone przez fale na brzeg. Suszone żołądki, nerki, serca, wątroby i genitalia zapraszają aby je koniecznie kupić. Oprócz tego jakieś dziwne tyczki, fasolki, ziarna duże i kanciaste, warzywa, które nie przypominają nic co znamy. Sądzę, że większość z tych rzeczy nie jest potrzebna do przyrządzenia posiłku, część z nich to po prostu to naturalne leki używane przez chińczyków jako swoiste remedium na wiele problemów (podobno na targu w Siemianowicach Śląskich dalej można kupić kocie skórki, które są dobre na różne dolegliwości). Przerażający zawrót głowy… Cywilizacja chińska przetrwała chyba tylko dzięki temu, że ludzie tam mieszkający zaczęli jeść dosłownie wszystko i leczyć się produktami, które Europejczyk wyrzuciłby do kosza.

Pomiędzy sklepikami rozlokowały się rozmaite restauracje, w których sprzedawane potrawy naprawdę przywołują ducha Chin. Nie ma tu mowy o podróbkach, wszystko jest chińskie od początku do końca, z kelnerką i panią przy kasie, której angielski trudno zrozumieć. Tutejsi mieszkańcy sprytnie to wykorzystują. Ja na przykład zamówiłem najtańszą zupę, a dostałem najdroższą. Mówią, że Polak potrafi, myślę, że Chińczyk potrafi więcej, dlatego Chinatown jest w San Francisco osobnym bytem.

Ten byt ma swoje Kościoły, które rozlokowały się na paru ulicach. Większość mieszkańców tej dzielnicy to chrześcijanie, a ich świątynie możemy odnaleźć właściwie wszędzie. Wśród chińczyków katolików jest mało, głownie to protestanci. Oczywiście możemy też natrafić na świątynie buddyjskie. Wszystko stanowi osobliwą mieszankę i jest od początku do końca chińskie.

Przechadzając się chińskimi uliczkami miałem okazję uczestniczyć w czymś absolutnie wyjątkowym, w kondukcie pogrzebowym chińskiej policjantki. Pomyślałem, że to dosyć osobliwe stopienie idiomu chińskich ceremonii pogrzebowych z amerykańską tradycją. Na czas pogrzebu ruch uliczny został wstrzymany, a muzyka grana przez instrumenty dęte stanowiła mieszankę amerykańskich i chińskich melodii. Wychodząc z Chinatown natrafiłem na starszego chińczyka, grającego na erhu, który na mój widok zaczął wykonywać na nim jedną z popularnych amerykańskich melodii.


Siedząc na ławce na placu Portsmouth Square, będącego miejscem spotkań mieszkańców tej dzielnicy, przeciętny Chińczyk spogląda w dół na wieżowce w Downtown i ma świadomość tego, że dzięki pracy tysięcy jego przodków, żyjących na zaledwie kilku uliczkach, powstało to niezwykłe miasto biznesu, technologii i kultury.


57 views0 comments

Recent Posts

See All
bottom of page