Zauroczenie (cz.I) Golden Gate


Przyznaję, że wszystkiego bym się spodziewał po moim pobycie w Kalifornii, ale nie tego, że nagle zakocham się w wielkim mieście. Zawsze mi się wydawało, że idealna jest dla mnie francuska wieś z krowami, kozami, polami słoneczników oraz winoroślami ciągnącymi się po horyzont. Miałem już nawet na oku pewien domek w Burgundii, który chętnie bym zakupił i zaadoptował na artystyczną komunę.

No i stało się… Zakochania się nie wybiera, ono nas spotyka, nagle… Odbiera nam świat, który znamy… Czasem się w kimś zakochujemy, próbujemy być razem, ale po czasie stwierdzamy, że to było tylko chwilowe i nie jesteśmy w stanie być z tą drugą osobą. Im dłużej jesteśmy, tym dłużej czujemy, że powinniśmy zerwać.


Myślę, że z miastami jest podobnie. Żyjemy z nimi na co dzień. Można powiedzieć obcujemy cieleśnie. Wodę, którą pijemy, jedzenie, które kupujemy, to wszystko co wydalamy jest częścią miasta. Wiatr, który wieje nam we włosy, deszcz, który pada na nasze okna i dachy jest integralną częścią miasta. Jeśli zabraknie wody, nastąpi przerwa w elektryczności, czy nastąpi trzęsienie ziemi odczujemy to na własnej skórze. Podobnie jak nasz partner zachoruje, obrazi się na nas czy po prostu zacznie się z nami kłócić.


Miasto jest naszym partnerem, możemy je albo zaakceptować i w nim żyć albo się z niego wyprowadzić. Nie zmienimy miasta, podobnie jak nie zmienimy osoby, z którą żyjemy. Możemy tylko narzekać, że przyszło nam żyć w miejscu, które po pewnym czasie zaczyna nas frustrować.

Po sześciu szalonych dniach wypełnionych próbami i przygotowaniami do wykonania musicalu Captain Who, trzema spektaklami w Teatrze Rozrywki, wizytą u dentysty i licznymi spotkaniami wróciłem do Kalifornii. Byłem wykończony, a na dodatek dzień powrotu czyli 10 listopada był jednym z najgorszych dni w roku. W skrócie powiem tylko, że przez rzesze Polaków zwariowanych na punkcie jednego wolnego dnia, mowa tu oczywiście o 11 listopada, cudem zdążyłem na lotnisko w Balicach. Wszystkie bilety na pociąg z Katowic do Warszawy zostały sprzedane, a na autostradzie A4 do Balic był gigantyczny korek. I gdyby nie szalona jazda uberem z emerytowanym policjantem, który przez całą drogę opowiadał mi historię o trupach, które widział, to nie zdążyłbym na samolot lecący do Warszawy, a w konsekwencji miałbym problem z lotem do Los Angeles.

Na szczęście udało się dotrzeć do Balic, a następnie do Warszawy, a sama podróż przebiegła naprawdę spokojnie. Na lotnisku w LA powitał mnie mój gospodarz, a Santa Monica rozpieszczała mnie pięknymi słonecznymi dniami jakby mówiąc: "Nareszcie wróciłeś. Zostań tu, a oddam Ci się bez reszty i będę dla Ciebie łaskawa". Rzeczywiście była, ale pozwoliłem jej na to tylko dwa dni ;) W niedzielę rano odleciałem do San Francisco, Santa Monica nie była z tego zadowolona...

Jakieś 700 km, niecałe 1.5 godziny lotu, a znalazłem się w innej rzeczywistości. Wysiadając z kolejki Bart miałem już przeczucie, że to miejsce mi się spodoba. Ciągnąc za sobą walizkę na kółkach przemierzałem pagórki i napawałem się niesamowitymi widokami na miasto. Zatrzymywałem się co krok aby podziwiać niezwykłą architekturę, słynnych wąskich, piętrowych, drewnianych domków w różnych kolorach, które znałem z filmów. Spędziłem pierwszą noc na poddaszu jednego z nich w pobliżu parku Golden Gate.

Czasem zdarza się, że spotykamy osobę, która na początku nie wzbudza w nas szczególnego zainteresowania, raczej ją tylko lubimy, ale gdy zaczynamy ją poznawać bliżej okazuje się, że coraz bardziej zaczyna nam się podobać. No i zaczynamy się zakochiwać, a potem tracimy głowę…


Zauroczenie wielkim miastem przeżyłem tylko raz i zdarzyło mi się to jak miałem 16 lat… To była miłość od pierwszego wejrzenia, a tym miastem był Paryż. Był rok 1993, pojechałem z rodzicami na krótką pięciodniową wycieczkę do francuskiej stolicy. Po latach mogę powiedzieć, że zmieniła ona zupełnie moje życie. Zadecydowała o późniejszych zainteresowaniach artystycznych, wyborach estetycznych oraz fascynacji kuchnią francuską. Te pięć dni mnie przemieniły i dały mi podstawę do wszystkiego co mi się potem podobało.


Pierwszy dzień w San Francisco nie zapowiadał fascynacji. Dużo miast mi się podoba, kocham Paryż, uwielbiam Pragę, Berlin, Edynburg i Wenecję, lubię Barcelonę, spędziłem dużo czasu w Helsinkach, no i mogę powiedzieć, że Katowice mają coś w sobie, tak więc byłem przekonany, że San Francisco może dołączy do tej gromadki ulubionych miejsc (jest jeszcze francuskie Velezay, ale to małe miasteczko).


Interesujące jest to, że zakochanie się to proces polegający z jednej strony na wpasowaniu się w to co znamy, dzięki czemu powtarzamy pewien schemat z kolejną osobą, a z drugiej to otwarcie się na coś nowego co nas pociąga. I na tym polega zauroczenie, dzięki temu co znamy wpadamy w pułapkę albo chcemy znaleźć się w niej znaleźć… San Francisco spełnia w moim przypadku wszystkie te kryteria o czym opiewiem w kolejnych odcinkach.

Przemierzając park Golden Gate poczułem się swojsko, jakbym chodził po moim ukochanym parku Kultury w Chorzowie, podobne alejki, chociaż rosnących tutaj drzew raczej nie spotkamy w Polsce. Ich rozmiary są bowiem gigantyczne, a kształty fantazyjne. Park jest bardzo rozległy i ciągnie się aż do szerokiej plaży. Na jego końcu usadowiły się dwa holenderskie wiatraki, które wydają się strzec go przed oceanicznym wiatrem jak dwa lwy lub mityczne sfinksy.


Widok na plażę był przepiękny, ale to był dopiero początek. Uwodzenie nie polega na szybkim odsłanianiu swoich uroków, ale na stopniowym, powolnym zachęcaniu do rozwoju akcji. Zdecydowałem się na długi spacer ścieżką do samego mostu Golden Gate, który im bardziej się zbliżałem, tym bardziej robił na mnie piorunujące wrażenie.



Kiedy w końcu do niego dotarłem - oniemiałem. Widok był tak piękny, że nie dziwię się, że ludzie decydują się tutaj zakończyć swoje życie. Most jest symbolem zatrzymania się w przeszłości i niemożności wydostania się z trudnych emocji (przypomnę słynny obraz Krzyk Edwarda Muncha). Nie można przejść na drugą stronę, utknęliśmy w martwym punkcie pomiędzy jednym brzegiem a drugim. Czujemy się uwięzieni, nie potrafimy znaleźć rozwiązania, iść naprzód, więc skaczemy z mostu. Można więc nazwać most Złotą Bramą prowadzącą do śmierci, ponieważ jest to jedno z najczęstszych miejsc wybieranych przez samobójców obok słynnego Aokigahara - japońskiego Lasu Samobójców. (Uwaga!!! Szybciej można zginąć pod kołami samochodów na moście Golden Gate, jadą one bowiem z niesamowitą prędkością, niż rzucając się z mostu, ponieważ zamontowano na nim ochronne siatki).

Przejście Golden Gate zajmuje sporo czasu i można bardzo zmarznąć z powodu wiejącego tam zimnego wiatru. Przygotowany na tę ewentualność, wracałem już z drugiej strony w czapce i rękawiczkach, mimo tego i tak czekając na autobus dygotałem z zimna. Most na tle zachodzącego słońca zmieniał kolory z czerwonego na szary. W końcu zapaliły się światła. Ludzie patrzący na most wyglądali jak postacie z teatru cieni. To wszystko było widowiskiem. Most zaczął rzucać na mnie urok podobny do Mostu Aleksandra w Paryżu prawie trzydzieści lat temu…

c.d. nastąpi

73 views0 comments

Recent Posts

See All