top of page

Epilog


(zachód słońca w Santa Monica)


8 września tego roku w Klubie Bankowca w Warszawie odbyło się wręczenie dyplomów stypendystom Fulbrighta rocznika 2022/2023. Kiedy dwa lata temu aplikowałem o to stypendium i z niecierpliwością czekałem na wyniki, nie przyszło mi do głowy, że ten wyjazd okaże się przełomowym czasem w moim życiu. To, że znalazłem się w gronie elitarnych naukowców i badaczy z całej Polski zdecydowanie poszerzyło moje horyzonty myślowe. Do tej pory cały czas obracałem się jedynie w kręgu artystów muzyków, teoretyków, kompozytorów. Poznanie badaczy z innych dziedzin, pracowników innych uniwersytetów było niezwykle budujące i otwierające. Z kilkoma Fulbrighterami miałem okazję dłużej pobyć w Nowym Jorku i Los Angeles, z innymi spotkałem się tylko na chwilę w maju zeszłego i we wrześniu tego roku. Niemniej jako stypendyści Fulbrighta zaczęliśmy myśleć o wspólnych spotkaniach i organizowaniu różnych wydarzeń. Nic przecież tak nie zbliża ludzi jak wspólne doświadczenia, które wymagają przetrawienia i dyskusji.

(Graduacja rocznika 2022/2023, zdjęcia Mariusz Kosiński na zlecenie Fulbright Polska. Warszawa, 8.09.2023)


Cechą mojego stypendium było nawiązywanie kontaktów w Kalifornii i Nowym Jorku, po to zresztą tam pojechałem. Wywiady, które zrobiłem były częścią tego planu, chociaż nie spodziewałem się, że nawiąże więcej kontaktów z kompozytorami, śpiewakami, instrumentalistami niż muzykologami. A już zupełnie nie marzyłem o tym, że poznam trochę artystycznego środowiska Los Angeles i Nowego Jorku, w tym pisarzy i malarzy. Fundacja Isherwooda była zupełnym objawieniem, bez pisarki Kate Bucknell z Londynu, reżyserki Tiny Mascary z Hollywood oraz Petera Kazarasa, dyrektora opery UCLA, nigdy w życiu bym nie rozpoczął pracy nad operą A Single Man.

(Z Katherine Bucknell - prezeską fundacji Christophera Isherwooda, Gregory Evansem - dramatopisarzem i Peterem Kazarasem - profesorem śpiewu i dyrektorem opery UCLA w Huntington Library w Pasadenie)


Nie mówiąc już o całym sztabie ludzi z Palm Springs, których udało mi się zwerbować bo mojego szalonego projektu. Opera otworzyła możliwości rezydencji artystycznych dla mnie i mojej librecistki Amandy Hollander, z których na pewno skorzystamy. Muszę podkreślić, że napisanie tej opery jest największą artystyczną przygodą jaka mi się przydarzyła. Odpowiedzialność jeśli chodzi o tekst powieści, jej głębokie wielowymiarowe znaczenie oraz liczne odniesienia do kultury Los Angeles, to tylko niektóre z wielu wyzwań jakim muszę stawić czoła.

(Z Amanda Hollander - pisarką i librecistką przed Shore Bar w Santa Monica występującym w powieści A Single Man Isherwooda)


Trudno nie podsumować stypendium nie wspominając o wycieczkach po Kalifornii, które pomogły mi zrozumieć tamtejszą kulturę, udział w koncertach, wizyty w muzeach, o tym wszystkim zresztą miałem okazję pisać na blogu, więc każdy mógł tak naprawdę śledzić moje poczynania. Jednak największym, najbardziej wymagającym wyzwaniem tego wyjazdu nie było samo LA, ale ja sam. Zderzenie z samym sobą, przeszłością, planami na przyszłość, próbą wytyczenia nowych szlaków, pogodzenia się z ranami i rzeczywistością, w której miałem funkcjonować przez kolejne miesiące, było bardzo wymagające. Przyznaję, że może nie było tego widać po moich postach, ale był to bardzo trudny czas dla mnie. Czas się zatrzymał i zaczął mnie rozliczać, przeszłość zaczęła trawić moją teraźniejszość. Zostawienie starego świata za sobą, wraz z bliskimi mi osobami i całym bagażem emocjonalnym nie było łatwe i przyjemne.

(Z Mają Trochimczyk, Hanną Kulenty i jej partnerem w skybarze w Santa Monica)


Nigdy nie czułem się bardziej samotny niż w Santa Monica. Cały ten wyjazd nie obył się bez kosztów psychologicznych, o czym zresztą pisałem w jednym z moich postów. Niejednokrotnie miałem ochotę przerwać stypendium i wrócić do Polski, byłem przerażony tym, że muszę jeszcze spędzić kolejne pół roku w Santa Monica. Zrozumiałem, że to co myślimy nie jest tym co jest naprawdę, bardzo często bowiem żyjemy w iluzji postrzegania świata i siebie samego. Jak to mówią mistycy: siedzimy w swojej głowie jak w klatce i przez nią interpretujemy rzeczywistość. Wyjście z klatki wiążę się z porzuceniem bezpieczeństwa i zderzeniem z tu i teraz.

(Z kompozytorem Rickym Ianem Gordonem w jako mieszkaniu w Nowym Jorku)

Trudno się nie dziwić, że facet który siedział w klatce religii i trochę biało-czarnego postrzegania świata nie będzie przerażony ogromem tematów, z którymi wcześniej nie musiał się skonfrontować i których jego mózg po prostu nie przeanalizował. Zobaczyłem w jak ciasnym, białym, heteroseksualnym, katolickim świecie zostałem wychowany i jak trudno jest mi wyjść poza to czego zostałem nauczony, mimo, że wydawało mi się, że jestem otwarty i zawsze szukam odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Los Angeles rozbiło ten świat swoją kolorową, queerową, wielokulturową i wieloduchową rzeczywistością. Nagle okazuje się, że nie ma prostych odpowiedzi, ba… czasem nie ma w ogóle odpowiedzi… Wystarczy jedynie zamilknąć i zaakceptować rzeczywistość jaka jest – bez osądzania i tłumaczenia, bez próby zmieniania świata…

(W nowojorskim domu kompozytora Lowella Liebermanna na prywatnym koncercie w II Dzień Swiąt Bożego Narodzenia)


Doświadczenie było tak mocne i intensywne, że w zupełności nie miałem ochoty zostać jeszcze dłużej w Los Angeles i pod koniec stypendium uciekłem na pustynię do willi z basenem i do moich przyjaciół. Palm Springs rzeczywiście stało się oazą, gdzie mogłem naprawdę poczuć się dobrze. W tym wszystkim tęsknota za Polską, która przez oddalenie, jednorodność i tradycyjność stała się mi bliższa niż przed wyjazdem, była dla mnie zaskakująca. Nastąpiła mitologizacja przeszłości i demitologizacji Kalifornii, Polska stała się lepsza i bardziej bliska. Teraz rozumiem na czym polega aberracja polskich emigrantów, którzy już dłużej mieszkają za granicą, warto to przeżyć i doświadczyć na własnej skórze. Trzeba jednak powiedzieć szczerze – to zniekształcenie odbierania rzeczywistośc, funduje nam nasz mózg. Śmieję się, że wyjeżdżałem z Polski jako umiarkowany liberał, a wróciłem jako umiarkowany tradycjonalista (nie mylić z umiarkowanym konserwatystą, którym absolutnie nie jestem).

(Z gronem polskich Fulrbighterów na grudniowym spotkaniu w Nowym Jorku)


Trudno w kilku akapitach napisać co zawdzięczam stypendium Fulbrighta, ponieważ było to tak wielowątkowe i wielowymiarowe doświadczenie. Przede wszystkim wyjazd rozbił moje iluzje i zakwestionował wiele rzeczy, na które miałem już przygotowane, wypracowane i przemyślane odpowiedzi. W libretcie do opery A Single Man znajduje się dużo mojego doświadczenia z kalifornijskiej wyprawy, co z pewnością pozwoli mi napisać bardzo autentyczną muzyką, bo wzorowaną na własnym życiu. Zwłaszcza jeden tekst wydaje mi się tym, który najbardziej oddaje złożoność świata, z którym przyszło mi się zmierzyć: „This is a vast mystery” (To wielka tajemnica) śpiewają praktycznie wszystkie postaci w dwunastej, ostatniej scenie tej opery, kiedy ostatecznie George żegna się z Jimem na zawsze.

(zdjęcie Mariusz Kosiński na zlecenie Fulbright Polska. Warszawa, 8.09.2023)


Stypendium się skończyło, ale skutki tego co przeżyłem są na tyle głębokie, że będą we mnie pracować jeszcze przez miesiące i lata, przebudowując i zmieniając mnie od środka, podobnie jak dobrze przeżyta terapia zdolna jest działać w nas przez lata. Mogę tylko zapytać sam siebie: „Czy taki nie był przypadkiem główny cel tego stypendium?” W każdym razie świat nie jest już taki, w jaki wierzyłem wyjeżdżając z Polski, i nie zadowalają mnie odpowiedzi religii i innych systemów. Dzięki Los Angeles wiem już, że świat jest szerszy ponad to wszystko ponieważ ludzkość nie jest do końca zdolna objąć samą siebie i wtłoczyć w jeden wspólny mianownik. To doświadczenie nauczyło mnie, że w obliczu złożonej rzeczywistości mogę tylko stanąć osłupiały i z akceptacją uznać: „This is a vast mystery”…

(Rancho Palos Verdes - jeden z napiękniejszych widoków wybrzeża okolic Los Angeles)


105 views0 comments

Recent Posts

See All

Comments


bottom of page