Back to School...


We wtorek rano po raz pierwszy wsiadłem do „ósemki” jadącej do UCLA. Od przystanku do przystanku autobus wypełniał się dwudziestolatkami, a ja czułem się co najmniej dziwnie. Czyżbym po 20 latach od ukończenia studiów teorii muzyki znowu stał się studentem?

Kiedy wysiadłem, na przystanku blisko akademickiego Kościoła Episkopalnego, i przeszedłem się w głąb campusu UCLA ogarnęło mnie zdumienie. Znalazłem się bowiem na ruchliwej arterii wśród mnóstwa studentów i studentek. Wyglądało to tak, jakby ponad 40 tysięcy mrówek rozbiegało się w różnych kierunkach i szukało swoich mrowisk. Niektóre wędrowały na wydział matematyczny, inne na psychologiczny, biomedyczny, botaniczny czy prawniczy. Ich kolory skóry i narodowości, ubiory i fryzury mieszały się ze sobą tworząc kolorową mozaikę wielokulturowej akademickiej społeczności. I w jednej chwili… poczułem się jedną z nich.



UCLA czyli University of California Los Angeles jest największą publiczną uczelnią w Kalifornii, która mieści się na północnym-zachodzie Los Angeles w dzielnicy Westwood. Założona w roku 1881 uchodzi obecnie za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni publicznych w Stanach Zjednoczonych. Składa się na nią 12 szkół, które prowadzą bardzo zróżnicowany program przeznaczony dla tzw: undergraduate, graduate i professional students, co odpowiada mniej więcej naszym studiom licencjackim, magisterskim i doktorskim.

Struktura i architektura campusu jest zachwycająca. Do najbardziej wyróżniających się budynków, znanych z licznych amerykańskich filmów, należą Royce Hall, Haines Hall, Powell Library i Kinsey Hall (Renee and David Kaplan Hall). Ich neoromański styl przywodzi na myśl włoskie renesansowe uniwersytety. Z wewnątrz wyglądają imponująco, zwłaszcza Powell Library, która wydaje się być jakimś starożytnym mauzoleum.

Przestępując próg tego budynku wstępujemy do świata baśni, bowiem barwy, gra świateł, mozaika, a przede wszystkim architektoniczna przestrzeń skłaniają do tego, aby na chwilę zapomnieć o rzeczywistości. Może na tym polegały założenia tej osobliwej biblioteki (a właściwie czytelni). Każdy kto tu przychodzi ma przeżyć takie oczarowanie, aby mógł na 1001 nocy zatopić się w świecie lektur. To miejsce może przywrócić entuzjazm naukowcom i umęczonym rutyną wykładowcom, a studentów może wprowadzić w magiczny świat nauki. Zarówno Royce Hall, Haines Hall oraz Powell Library można by spokojnie nazwać świątyniami nauki.

Pomiędzy budynkami rozpościerają się przepiękne trawniki, fontanna, a poniżej boiska dla lekkoatletów, piłkarzy, tenisistów, przypominające, jak w starożytnej Grecji, że nauce i sztuce towarzyszy nieustanna praca nie tylko nad swoim intelektem, ale także doskonalenie swoich umiejętności fizycznych (zdjęcia boisk pojawią się jednak w innym poście, na razie proponuję spojrzeć na trawniki).

Przyznaję, że w ciągu dosyć pracowitego tygodnia nie miałem okazji zwiedzić wszystkich budynków campusu. Chciałbym jednak wspomnieć o kilku, które szczególnie mnie zainteresowały, ponieważ odbiegają od stylu neoromańskiego i przywodzą na myśl angielskie, średniowieczne uniwersytety. Kerckhoff Hall oraz Moore Hall wydają się przenosić do Oxford czy Cambridge i, jak dla mnie, ewokują charakter znany z filmów o Harry’m Potterze.

To co opisuję jest na razie tylko kilkudniowym szkicem – wrażeniem. Z pewnością dopiero po dziewięciu miesiącach spędzonych tym miejscu dowiem się, gdzie najlepiej usiąść aby napić się dobrej kawy, znaleźć cień albo wygodne miejsce na trawniku.

Mimo, że nie jestem studentem, ale tak zwanym visiting scholar zdecydowałem się uczęszczać na tutejsze zajęcia. Pomyślałem, że będzie to dobra okazja, aby zapoznać się z systemem uniwersyteckim, a także przyjrzeć się różnym sposobom prowadzenia zajęć. Po tygodniu spędzonym na UCLA mogę powiedzieć, że była to bardzo dobra decyzja, mimo tego, że znajomi uważają, że tracę czas na niepotrzebne zajęcia zamiast zająć się moim projektem. Dla mnie chodzenie na uczelnię, uczestnictwo w zajęciach i dyskusjach, a także sama jazda autobusem nr 8 sprawiają niezwykłą przyjemność, gdyż mogę obserwować autentyczne życie wielkiego campusu uniwersyteckiego (czego nie mógłbym doświadczyć w Polsce), wmieszać się w tłum studentów i profesorów oraz cofnąć się w czasie i przeżyć to samo, co bohater filmu Back to School, powrócić na chwilę do szkoły.

Za tydzień przyjrzę się bliżej Herb Alpert School of Music, mojej obecnej uczelni, która mieście się nieopodal neoromańskich budynków. Natomiast ogrodom uniwersyteckim poświęcę zupełnie osobny post, jest bowiem o czym pisać.

78 views0 comments

Recent Posts

See All