top of page

Nowy Jork - latarnia świata


Jeśli miałbym wyobrazić sobie miasto, które pożera to jest nim bez dwóch zdań Nowy Jork. Nie wiem czy kiedykolwiek czułem, że znajduję się w miejscu, które przyciąga jak magnes i nie pozwala się z niego wydostać. Jeśli tutaj przyjedziesz to masz dwa wyjścia: możesz poddać się miastu, które Cię zasysa i nie pozwala już normalnie funkcjonować, albo siłą oporu wyrywasz się z tego wiru. Nawet jeśli tu nie zostaniesz miasto zainfekuje Cię swoim wirusem, większość po zaledwie jednej wizycie marzy o nim i chce wrócić.

Nie mam zamiaru pisać o historii Nowego Jorku, ponieważ można znaleźć te informacje wszędzie. Zresztą jestem tutaj dopiero drugi tydzień i miałem okazję tylko w niewielkim stopniu zobaczyć miasto, po pierwsze w skutek fatalnej deszczowej pogody, po drugie ponieważ musiałem przeprowadzić aż dwa długie wywiady z Markiem Adamo oraz Rickym Ianem Gordonem. O obu tych kompozytorach napiszę więcej w osobnych postach, ponieważ nazwiska ta praktycznie w ogóle nie są znane polskim melomanom.

Jadąc kolejką z lotniska w Newark nie miałem pojęcia, że moje mieszkanie, które wynająłem tutaj na miesiąc znajduje się zaraz obok Central Parku. Sądziłem, że jest raczej parę przecznic dalej. Jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że do Muzeum Guggenheima mam zaledwie 25 minut spacerem. Nowy Jork przywitał mnie piękną jesienną pogodą, park zdawał się zachwycać różnorodnymi kolorami. Nie mogłem napatrzeć się na wszystkie alejki, mostki, ścieżki i złote liście drzew, a także na centrum miasta.

Byłem absolutnie oszołomiony i zachwycony. Bałem się przyjazdu do Nowego Jorku, zwłaszcza pędu o którym tyle słyszałem, wszechobecnego hałasu i smrodu. Okazało się jednak, że okolica w której mieszkam jest dużo cichsza od mojego mieszkania w Santa Monica, co niezwykle mnie zdziwiło. Miasto jest świetnie skomunikowane, linie metra i autobusy zapewniają łatwy dojazd do praktycznie każdego miejsca. I nie jest tak jak w Los Angeles, że jeżdżą nimi tylko Ci, których nie stać na samochód – głównie bezdomnie i narkomani, w Nowym Jorku tak podróżuje większość bo to najlepszy i najtańszy sposób na przemieszczanie się.

Rzeczywiście centrum miasta z takimi miejscami jak Times Square czy okolice Rockefeller Plaza są wyjątkowo ruchliwe. Obecnie trzeba przeciskać się przed tłum turystów, który suną zamkniętymi częściowo ulicami, aby zobaczyć gigantyczną bożonarodzeniową choinkę. Wszędzie można napotkać na budki z jedzeniem i świąteczne iluminacje, a także rikszarzy, którzy wożą spragnionych wrażeń turystów przy dźwiękach głośnego Jingle Bells. Potok dźwięków kolęd wylewa się z restauracji i sklepów i miesza się z klaksonami żółtych taksówek i głośnymi krzykami nowojorczyków. Można by z powodzeniem napisać kompozycję Christmas Cries of NY – Bożonarodzeniowe Krzyki Nowego Jorku…


W tym kontekście Central Park jest miejscem absolutnie idyllicznym, oazą spokoju i przestrzenią do zadumy. Z brzegów Central Park Reservoir - olbrzymiego stawu rozciągają się niesamowite widoki na drapacze chmur. W budkach można kupić gorące kasztany, a na ulicy natknąć na końskie łajno z powodu wielu jeżdżących tutaj dorożek. W ciągu dnia uprawiają jogging setki Amerykanów, którzy zupełnie nie zważają na kapryśną pogodę. Po słonecznym, ale chłodnym dniu, można spodziewać się bardzo ulewnego deszczu, który nie pozostawi na Tobie suchej nitki. Tysiące psów różnych ras bawi się w parku, nie wspominając już o obecnych wszędzie dzieciach. Park jest ogromny i każdemu ma coś do zaoferowania.

Wracając wieczorem z centrum Nowego Jorku i podziwiając podświetloną Katedrę Świętego Patryka, gigantyczny sklep Apple'a i najdroższe rezydencje na 5th Avenue zapuściłem się nocą do parku. Jak powiedzieli moi znajomi nie było to do końca rozsądne ponieważ Central Park ma swoje ciemne zaułki, w których spotykają się podejrzane osoby. Ja jednak chciałem przeżyć to co było podstawą inspiracji dla Central Park in the Dark Charles Ivesa, atmosferę nocy, ciszę parku i odgłosów miasta. Było to doprawdy magiczne doświadczenie.

Wieżowce Nowego Jorku roztaczały swoje światło, a ich sylwetki wydały się sięgać gwiazd. Symbolizowały piętrzącą się w tym mieście kulturę, w przeciwieństwie do symbolizującej park natury. Miasto wydawało swoje pomruki, jakby zasypiało, ale można było to określić jedynie jako rodzaj drzemki, ponieważ Nowy Jork nigdy nie śpi.

Miasto rzuca na przyjezdnych swoje światło jak latarnia do której przylatują miliony owadów oślepione jej cudownym blaskiem. Nowy Jork przyciąga i daje im obietnicę lepszego życia. W poszukiwaniu boskiego słońca trafiają na ciepło, które wydaje im się źródłem szczęścia. Nie są jednak w stanie się do końca ogrzać, orbitują i większość na zawsze zostaje uwięziona w potrzasku. Część z nich zatraca się bez opamiętania rezygnując ze wszystkiego - to te owady, które przybyły do Nowego Jorku bo nie miały nic do stracenia i pracują dla niego jak niewolnicy. Inne chciały błyszczeć światłem latarni, ale po kilku udanych próbach nie wytrzymały, spaliły się i pozostały krwawym cieniem.

Chociaż miasto wygląda jak z amerykańskich filmów, życie w nim to nie american dream. Jeśli chcesz przeżyć musisz ustawicznie pracować i walczyć o każdy dzień. Ten kto zwycięży zabiera wszystko, ale wygrana nie jest mu dana nigdy na zawsze, o czym przekonuje większość historii ludzi, którzy dorobili się tutaj majątku bądź sławy.

c.d. nastąpi

81 views0 comments

Recent Posts

See All
bottom of page